BOHATERKA, KTÓRA LUBI CISZĘ

Znacie to uczucie, kiedy macie ochotę na coś słonego, a ktoś wam wtedy na siłę wpycha jagodziankę? Kiedy chcecie jechać na narty, a ktoś ciągnie do ciepłych krajów? U mnie tym punktem zapalnym jest potrzeba spokoju, nie znoszę, gdy mam ochotę na ciszę, a ktoś mi wchodzi rozgadany i burzy cały nastrój.

Może jest to syndrom Adasia Miałczyńskiego? Może charakterystyka ludów północy, a może przypadłość pisarska. Nie wiem. Wiem tylko, że muszę mieć swoją dzienną dawkę ciszy, a gdy jej zabraknie, czuję się, jak heroinista na odwyku, nie wiem dlaczego, ale mam ochotę zabić.

Patrząc za siebie, przyznaję, że początki nie były łatwe. Moje pragnienie ciszy nie zostało zaspokojone na wczesnym etapie rozwoju – czteropokojowe mieszkanie w bloku z sześcioma mieszkańcami wprost wymuszało nieustanne potykanie się o siebie.

Potem, gdy już trochę ogarnęłam sytuację, gdy mój czuły jak struny skrzypiec system nerwowy przyzwyczaił się do nieustannego trzasku drzwi, wybuchów śmiechu i ciągłego przepływu wody w rurach kanalizacyjnych, kiedy już myślałam, że najgorsze mam za sobą. Zapisano mnie do podstawówki – PATAPAM!

Nie, nie zapytałam mojej mamy, tak jak to zrobił mój przyjaciel w wieku sześciu lat:

Mamusiu czemu zapisałaś mnie do szkoły, skoro wiesz, że ja nie lubię do niej chodzić?

To filozoficzne pytanie nie przemknęło przez mój niewinny umysł. Może nie przemknęło, bo z nadmiaru decybeli rozwrzeszczanej dziatwy nijak mogłam skupić się na myśleniu?

Nie wiem jak, ale przetrwałam szkołę bez większych uszczerbków na psychice. Chociaż pewności mieć nie mogę, może gdyby nie tamta gigantyczna podstawówka dziś Polska mogłaby się poszczycić kolejną Skłodowską?

Myślę, że przetrwałam dzięki zmasowanej dawce spokoju aplikowanej mi raz w roku przez okres jednego miesiąca. Wyjazd wakacyjny w polską dzicz był moim miesiącem medytacji w Himalajach, moim aszramem i odosobnieniem.

Warunki może nieidealne, bo wraz ze mną do aszramu wbijali pozostali członkowie rodziny, których liczba niekiedy dochodziła i do dwudziestu, ale że tereny przestronne, więc każdy mógł się gdzieś schować a to nad rzeką, a to w lesie, a to gdzieś na polach. Ostatecznie względna intymność była zachowana przynajmniej za dnia, bo w nocy kotłowaliśmy się w szóstkę w jednym pokoju.

Na studiach to już naprawdę nastąpiły lepsze czasy. Długie popołudnia spędzane w czytelni, gdzie za najlżejszy szept karano morderczym spojrzeniem, przy milczącej akceptacji ogółu. Ewentualnie cierpliwie czekało się na reakcję pań bibliotekarek.

TAK złote czasy dla ciszo-fila, idealna oprawa dla fascynujących pogawędek z Miłoszem, Umberto Eco lub Kapuścińskim, przerywanych co najwyżej szeptami przy stoliku obok. W porównaniu do Szkoły Podstawowej Numer 1 na Morenie – raj odzyskany!

Ukoronowaniem moich modlitw, które nieświadomie wysyłałam prawdopodobnie jeszcze z brzucha mamy, stało się miejsce, w którym aktualnie mieszkam.

Po całej tej drodze krzyżowej nareszcie odnalazłam mój prywatny aszram, świątynię ZEN i dumania w jednym. Żadnego upierdliwego rodzeństwa, gadatliwego rodzica, ciekawskich znajomych, szumiących rur, nieskoordynowanych wybuchów. Nic tylko CISZA – przestronna, jasna i minimalistyczna cisza, przerywana ewentualnie łagodnym zefirem unoszącym białe firanki, bądź ptasim trelem.

Czas na skupienie, na delektowanie się dobrym tekstem, puszczanie muzyki nie w celu zagłuszenia innych, ale po prostu, żeby posłuchać.

Najbardziej w tym moim świecie lubię poranki. Niezmiennie ten poranny czas uznaję za luksus, wstaję i w dobry humor wprawia mnie fakt, że będę sama, że oto usiądę sobie z kawą i przejrzę kilka artykułów, że napiszę swój, że czymś się zainspiruję, że zainspiruję kogoś.

Pisząc, mam przed sobą widok na górę porośniętą lasem, na jej tle majestatycznie unoszą się jastrzębie, cały ten poranek to moja przestrzeń, ta do której dążyłam przez zatłoczone pokoje, rozwrzeszczane szkoły podstawowe i tłumne miasta.

Moje przemyślenie na dziś – w życiu dostajemy to czego pragniemy, to do czego gdzieś tam wewnętrznie dążymy, co wynika z naszej konstrukcji psychicznej, co jest w nas zapisane od czasu narodzin i tylko czeka, żeby ujawnić się w odpowiednim momencie.

woda 5

woda 1

woda

woda 4

Dla tych, którzy podobnie jak ja odkryli w sobie umiłowanie ciszy i borykali się starając ją sobie mniej lub bardziej udolnie zapewnić. Dla tych, którzy nie rozumieli swoich zachowań i męczyli się widząc negatywne reakcje otoczenia, mam dziś dwie propozycje jedną książkową a drugą blogową, obie po to, by lepiej zrozumieć introwertyczną naturę.

“Ciszej Proszę…” Susan Cain’e to książka stworzona przez introwertyczkę dla introwertyków. Znajdziecie w niej wyjaśnienie tego kim są introwertycy i w jaki sposób te niepozorne istoty mogą przyczynić się do rozwoju w nastawionym na ekstrawertyzm społeczeństwie.

Druga propozycja to blog o Minimalizmie, na który ostatnio zajrzałam, by raz jeszcze uświadomić sobie, to co zawsze wiedziałam, że nie zawsze trzeba brylować, że nieraz dużo więcej osiągamy, gdy zamiast zwracać uwagę na rzeczy powierzchowne, patrzymy głębiej.

Jestem ciekawa Waszych doświadczeń z ciszą, gdzie ją odnajdujecie? Jak często potrzebuecie? Do czego cisza Wam służy?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Strona internetowa WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: